Zanocuj w lesie, czyli tanie wakacje w czasach pandemicznych

„Obyś żył w ciekawych czasach” to rzekomo chińskie przekleństwo rzucane na nielubianych ludzi. Tak się wydarzyło, że na skutek właśnie chińskiego wirusa w takich właśnie czasach przyszło nam żyć. Elementarna higiena psychiczna woła o jakiś wakacyjny reset. Gdy ludzie, zmęczeni kolenymi przetasowaniami talii obostrzeń, odliczają czas do otwarcia miejsc noclegowych, osoby oswojone z naturą dostały właśnie koło ratunkowe od lasów państwowych. Koło nazywa się „Zanocuj w lesie” i polega, w skrócie, na oficjalnym wyznaczeniu w całej Polsce obszarów, na których można legalnie spędzić noc na łonie natury.

Program nie jest czymś specjalnie nowym – przed rozszerzeniem bazy noclegowej, która miała miejsce z początkiem maja, funkcjonowały tzw. obszary pilotażowe. Leśnicy uznali, że nie warto od razu robić rewolucji, wyznaczyli więc niedużą pulę obszarów do spania „na legalu” i obserwowali efekty. Ponieważ najwyraźniej okazało się, że ludzie lasu potrafią się zachować, program ruszył na całego.

Lasy Państwowe udostępniają bazę obszarów objętych programem „Zanocuj w lesie” w Banku Danych o Lasach. W terenie bardziej przydaje się jednak aplikacja mBDL, ułatwiająca korzystanie z danych z poziomu smartfona. Chcąc wyświetlić obszary objęte programem, wchodzimy w menu aplikacji, wybieramy „Mapy BDL”, zaznaczamy opcję „Mapy zagospodarowania turystycznego” i oto naszym oczom ukazują się zaznaczone na pomarańczowo (dawne strefy pilotażowe – można na nich korzystać z kuchenek gazowych) lub żółto (nowe strefy, kuchenki zabronione) miejsca noclegowe.

Jeśli mam być szczery, to do tej pory niespecjalnie przejmowałem się programem Lasów Państwowych. Zachowanie minimalnej dyskrecji pozwalało na spokojny sen także tam, gdzie za nocleg groził mandat. Przemyślenia na temat tego, jak spędzić rocznicę awarii w Czarnobylu skłoniły mnie jednak do przeprowadzenia eksperymentu związanego z jedną ze stref – jeszcze wtedy pilotażowych – na Mierzei Wiślanej.

Zakres eksperymentu

Pomysł na eksperyment zaczął się od nowego plecaka. Zdarza mi się od czasu do czasu czytać materiały gryzigramków (czytaj, szeroko pojętego ruchu ultralight), a im bardziej uwiera PESEL, tym bardziej podatny jestem na ich filozofię. Od lat jestem fanem Cordury. Jest to materiał odporny, ale ciężki. Na rocznicowej wyprzedaży na Aliexpress wyrwałem jednak (rzekomo) 60-litrowy, plecak z Dyneemy – włókna które jest (podobno) odporne i (na pewno) lekkie. Stylówa plecaka nie do końca pasuje do moich standardowych ciuchów leśnych w takie czy inne ciapki… uznałem to więc za pretekst do wakacji w ubraniach bardziej turystycznych oraz do odchudzenia ekwipunku. Zatem:

  • trzy dni, dwie noce na Mierzei
  • wygląd mniej lub bardziej neutralny
  • sprawdzenie nowego plecaka
  • odkurzenie części sprzętu czekającego na sprawdzenie w boju.

Plecak

Spostrzegawczy czytelnik zapewne zgodzi się, że na podstawie powyższego zdjęcia ciężko doszukać się deklarowanych 60 litrów. Plecak teoretycznie ma jeszcze kawał komina, ale mimo to w porównaniu do mojego standardowego Reindeera 75 wypada dość… mizernie. Nic to, nie ma lepszego lekarstwa na przesadę sprzętową niż ograniczone miejsce. Powiedziałbym nawet, bardzo ograniczone 😉

Obserwując prognizę pogody doszedłem do wniosku, że biorę swój najcieplejszy śpiwór, czyli Snugpak Softie Elite 3. Kupiony na solowy nielegal w Czarnobylu w kwietniu 2019, z temperaturą komforu -5, powinien dać radę przy dużej wilgotności powietrza (w końcu morze tuż obok) i przy prognozowanych minimalnych przymrozkach. Tu pojawił się pierwszy problem – objętość śpiwora.

Nocleg

Zgadza się – nawet po kompresji śpiwora, ponad pół plecaka zostało wyjęte z użytkowania. Pogrzebało to plany skorzystania z maty dmuchanej, której, jako podatnej na przebicia, nie chciałem nosić na wierzchu. Wygrzebałem więc z szafy – również sprawdzoną w Czarnobylu – karimatę Robens Zig Zag i, jak rasowy turysta, przytroczyłem ją na wierzch plecaka. Do przedniej kieszeni spokojnie zmieścił się natomiast tarponamiot Groza Solo od Lesovika. Nie jest to jakieś specjalne osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że zmieści się on praktycznie wszędzie (Nalgene Wide Mouth dla skali).

Tarponamiot Lesovika kupiłem przed nielegalem we wrześniu 2019 – plan był taki, że idę ze stalkerem Staszkiem na składowisko na Burakówce, żeby następnie poeksplorować strefę samotnie. Z uwagi na wzmożone kontrole uznałem, że trzeba będzie spać w lesie. Plecak już i tak swoje ważył, a Groza Solo akurat była na wyprzedaży… Po nielegalu tarp trafił do szafy – mimo obniżki kosztował swoje i jakoś wolałem nie sprawdzać go w terenie. Co ja tam pisałem o zniewalająco dobrym sprzęcie? 😉 Groza Solo podpada jednak pod ultralight, więc lepszej okazji na przewietrzenie jej nie było. A że jest z lekkiego i delikatnego materiału… na wszelki wypadek wziąłem jeszcze US Poncho od Helikona. Pod nim też można spać, jakby Groza okazała się przereklamowana.

Do kompletu z Grozą wziąłem również aluminowe śledzie z Aliexpress:

Mając łatwo dostępną karimatę, zrezygnowałem za to, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, z poddupnika.

Kuchnia

Mając zaspokojone potrzeby noclegowe, wziąłem się za żywienie. Program wycieczki obejmował okres poza sezonem turystycznym, nie zakładałem więc otwarcia nadmorskich knajp. Uprzedzając nadchodzące otwarcie strefy noclegowej na kuchenki gazowe, spakowałem stugramowy kartusz, kuchenkę Fire Maple FMS-116T, spork Wildo, Fold-a-Cup Big oraz tytanowy kubkek Lixada. Nie obyło się też oczywiście bez Nalgene Wide Mouth.

O funkcjonalności tego zestawu popełnię kiedyś osobny wpis – warto jednak zauważyć, że (poza butelką) całość mieści się w pokrowcu na kubek.

Podstawą diety miały być domowe beef jerky oraz wszystko, co można zalać wrzątkiem – puree, zupki chińskie itp. Zdrowe to nie jest, ale trzy dni na takiej diecie jeszcze nikogo nie zabiły. Po krótkim namyśle w bagażu, „w razie W” wylądował również filtr Sawyer Mini oraz gulasz z kaszą z racji SRG.

Ubranie

No właśnie, ubranie. Sprawdziwszy szafę doszedłem do wniosku, że stricte cywilnych ciuchów mam mniej niż mało. Nic to, trzeba brać, co jest. Na pierwszą warstwę poszła bielizna termiczna Brubeck Active Wool, również sprawdzona w Czarnobylu. Popełnię kiedyś (znów…) osobny wpis na jej temat, teraz zaznaczę dwie zalety: grzeje i nie łapie zapachów. Druga zaleta jest szczególnie ważna, gdy są ograniczone możliwości umycia się, a trasa przebiega przy cywilizowanych terenach.

Na Brubecka założyłem (upolowany w szmateksie) lekki, szary polar z oryginalnej tkaniny Polartec oraz szare, trekkingowe spodnie Craghoppers (również efekt polowania w second handach). O frajdzie z polowania na używaną odzież też kiedyś jeszcze napiszę.

Kolejna warstwa – czarny Helikon Gunfighter i „zimowa” baseballówka Helikona z tego samego materiału.

Cztery stówki na Gunfightera wysupłałem kiedyś z okazji zmiany pracy (z biznesu w korporacji do branży IT) – na pierwszy dzień w nowej firmie nie chciałem iść ani pod krawatem ani w bluzie mundurowej. Okoliczne szmateksy nie pomogły z problemem dobrania w miarę neutralnej kurtki, szarpnąłem się więc na Helikona. Gunfighter, do tej pory traktowany jako zniewalająco dobry sprzęt, miał pierwszy raz trafić w teren. I tak planowałem łazić głównie po drogach…

Na nogi założyłem wełniane skarpety Bundeswehr i świeżo zakupione Haix Black Eagle w II gatunku (znów, nieodmiennie z armyworld.pl). Haixy to buty, których nie boję się brać w teren nawet bez rozchodzenia. W II gatunku prezentują zaś genialny stosunek ceny do jakości. Też kiedyś o tym napiszę 😉

Zestawu dopełniły rękawiczki robocze Dedra oraz (do spania) typowo zimowa czapka no-name z second handu.

Do kompletu

W plecaku zostało jeszcze trochę miesjca, dopchnąłem więc zestaw higieniczny w kosmetyczce Bundeswehr. W drugiej – zestaw małego elektryka, czyli powerbank i okablowanie. Kosmetyczki te można za śmieszne pieniądze kupić na moim ulubionym armyworld.pl – doskonale sprawdzają się jako organizery bagażu do plecaka.

Na koniec – osprzęt typowo leśny. Latarkę, nóż, gwizdek, krzesiwo, apteczkę i multitool planowałem upchnąć w mini nerce od Baribala, jednak za mocno odstawała od „cywilnej” stylówy. Przypomniało mi się jednak, że kupiłem kiedyś na OLX efekt czyjegoś nieudanego eksperymentu z konfiguratorem Baribal. Dokładniej, czarną kieszeń cargo, z organizerami w środku. I nawet dorobiłem do niego pasek 🙂

W ramach minimalizmu i cywilnego wyglądu, ograniczyłem też rozmiar noża i mulitoola. Zamiast GAKa i Leatherman Wave pojechały Victorinox Camper i Leatherman Squirt. Zestawu dopełniła igła z nitką i długopis.

Jak było?

W dwóch słowach – bardzo miło. W trzech – bardzo, bardzo miło 😉 Poranny pociąg Warszawa – Gdańsk, autobus do Jantaru, szybkie zakupy… Pierwszy dzień spędziłem na przemian łażąc po lasach i bycząc się na plaży, korzystając z faktu, że między miejscowościami turystycznymi innych ludzi było tyle, co nic. Ubranie okazało się być optymalnie dobrane – polar grzał, softshell chronił od wiatru. Gdy zaczął się zbliżać wieczór, uznałem, że trzeba znaleźć miejsce do spania. Dla odmiany, za dnia.

Lasy na Mierzei nie powalają rozmiarami. Chciałem uniknąć obozowania nad samym morzem – bo wiatr. Nie chciałem spać tuż przy drodze – dla zasady. Wolałem – z przyzwyczajenia – pozostać niewidoczny. Oznaczało to konieczność zrezygnowania z podstawowej zasady biwaku, tzn. obozowania na wzniesieniu. Jest to ważne, gdy leje – nikt nie lubi spać w basenie pełnym wody, prawda?

Prognoza nie zapowiadała deszczu, dlatego uznałem, że mogę zaryzykować spanie w znalezionym po godzinie szwędania się jarze. Zagłębienie chroniło od wiatru oraz od wścibskich spojrzeń. Ziemię porastał – co ważne – mech. Dlaczego ważne? Pierwsze primo – miło jest jak pod niezbyt grubą karimatą jest coś miękkiego. Drugie primo (secundo ;)) – kleszcze stanowczo wolą trawy od mchów. Znalazłem dwa drzewa bez grubych, obumarłych gałęzi nad głową – załatwiło to ostatecznie temat noclegu. Ogólny pogląd na leśną sypialnię przedstawia poniższy filmik.

W parę minut po decyzji obozowisko było gotowe.

Uwaga sprzętowa: o ile do pełnowymiarowego tarpa, zawieszonego na ziemią i napinanego linkami, używam grubszych, trójkątnych śledzi. Przypięcie Grozy Solo do ziemi ma na celu głównie nadanie konstrukcji kształtu. Stąd właśnie decyzja o użyciu niepozornych szpilek.

Pierwsza noc

Choć prognoza przewidywała lekkie przymrozki, z lenistwa postanowiłem zdać się na sam śpiwór. Wiadomo, komfort deklarowany przez producenta z reguły jest przesadzony. Owszem, śpiwory syntetyczne z czasem tracą termikę. Nie zmienia to faktu, że po całym dniu łażenia człowiek czasem chce się już tylko położyć spać.

Efekt – pół nocy spałem względnie wygodnie. Około pierwszej nad ranem obudziło mnie szczekanie lisa, którego odstraszyłem latarką. Wtedy dotarło do mnie, że niekoniecznie jest mi ciepło. Niekoniecznie również miałem ochotę wyłazić ze śpiwora w celu poprawy swojego losu – skończyło się więc na kompromisie. Polegał na tym, że pół czasu śpię, a pół rozgrzewam się dreszczami. Taki czasem urok spania w lesie – mi tam pasowało 🙂 Poranne widoki wynagrodziły mi trudy nocy z nawiązką.

Po wypełznięciu ze śpiwora rozgrzałem się kawą (rozpuszczalną) i gulaszem z wojskowej racji SRG. No dobra, gulaszem się nie rozgrzałem. Aktywowany wodą podgrzewacz zawierał instrukcję, stanowiącą, że czas podgrzewania posiłku to 15 minut. Nie napisano tylko w jakiej temperaturze. Przy niecałym jednym stopniu niespecjalnie to wystarczyło 😉

Dostarczywszy organizmowi ciepła i pożywienia, zebrałem obozowisko, zgodnie z zasadą Leave no Trace: poza lekko wygniecionym od karimaty mchem, nic nie zdradzało, że ktokolwiek nocował w okolicy.

Niedziela (rzekomo) handlowa

Po zwinięciu obozowiska powędrowałem na poszukiwania sklepu – skończyła mi się woda. Niedziela niby miała być handlowa, ale sklepy w Stegnie nie do końca się z tym zgadzały. Powędrowałem więc na wschód, zakładając, że musi tam być jakaś cywilizacja 😉 Po drodze zderzyłem się z kuszącym widokiem.

W Zonie nie wahałbym się ani chwili, od ręki zakładając przystudnianą stację oczyszczania wody. Byłem jednak przecież w środku cywilizacji! Zwalczywszy pokusę, powędrowałem dalej. Decyzja była dobra – okazało się, że w Sztutowie słyszeli o niedzieli handlowej 😉

Główną atrkacją niedzieli było spotkanie z kolegą z Gdańska, dawno nie widzianym stalkerem Krzyśkiem, towarzyszem pierwszego nielegala w Zonie. Poza tym standard – włóczyłem się po lasach i leżakowałem na plaży. Spotkanie z kumplem zaliczam do udanych – zwłaszcza w kontekście znalezionej wspólnie w Stegnie naklejki 😉

Druga noc

Obozowisko postanowiłem rozbić w tym samym miejscu, co poprzednio. Tym razem jednak w towarzystwie wsparcia termicznego. W recenzji Nalgene Wide Mouth pisałem o patencie z przerobieniem butelki na termofor. Nadszedł czas na jego wykorzystanie.

Butelka z wrzątkiem ma to do siebie, że potrafi parzyć, dlatego warto owinąć ją jakimś izolatorem. Standardowo wystarczy skarpetka, ja jednak używam wełnianego ocieplacza do kolan, znów kupionego za grosze w armyworld.pl

Obecność termoforu załatwiła problem zimna. Noc spędziłem komfortowo, przespawszy ponad 9 godzin w miłym, ciepłym śpiworze.

Lany poniedziałek

Po zwinięciu obozu skierowałem kroki na zachód. Miałem w planach zwiedzenie ujścia Wisły, w tym zaznaczonego na mapach google bunkra. Morze przywitało mnie poziomą śnieżycą, przed którą osłoniłem się ponchem. Po krótkim czasie w nagrodę dostałem piękne słoneczko, zachęcające do spaceru plażą i zbierania bursztynów.

Bunkier przy ujściu Wisły nie okazał się specjalnie imponujący 😉

Ujście Wisły przywitało mnie natomiast niegościnnym znakiem.

Na potrzeby niniejszego wpisu uznajmy, że zrozumiałem przekaz mówiący o tym, żeby nie łazić po betonowym wale, zalewanym z obu stron przez wodę 😉

Przy ujściu Wisły zostałem do popołudnia. Na koniec zwiedzania pozostał stalkerski prysznic:

…oraz skierowanie się na przystanek PKS w Mikoszewie, w celu powrotu do Gdańska, skąd wyruszał pociąg do Warszawy.

Podsumowanie

Ogólnie rzecz ujmując jestem zadowolony, że ruszyłem się z domu. Żona zyskała parę dni spokoju na pisanie pracy magisterskiej (zachciało się na startość drugiego fakultetu 😉 ), a ja choć trochę strząsnąłem ciśnienie, żeby rzucić wszystko i jechać na nielegal. Koszt wycieczki to pociąg plus PKSy – poniżej 150 PLN, czyli 50 PLN na dzień dobrej zabawy. Dłuższy pobyt nie kosztowałby więcej – jeść i tak przecież trzeba, a kwatera za darmo… Dzięki możliwości legalnego noclegu nie martwiłem się mandatem (kuchenki gazowej używałem w trybie stealth 😉 ), a zamknięte hotele skutecznie wyczyściły teren z turystów i miejscowych. Dlatego też nikt nie włóczył mi się pod nosem, mimo, że spałem dość blisko leśnych dróg.

Nowy plecak się wstępnie sprawdził – opiszę go kiedyś bardziej szczegółowo. Pomimo obaw Groza Solo przetrwała, podobnie jak Gunfighter – bez szkód. Pseudo – nerka okazała się niewygodna w noszeniu na pasku. Zostanie zapewne w przyszłości sakwą na kierownicę Octane One Prone, na pas trzeba też kupić coś bardziej cywilnego. Puchowy śpiwór, który zmieści się w plecaku, leży aktualnie na cle w Warszawie, więc ten kłopot wyeliminowałem. Wygląda na to, że można żyć bez jednoręcznego foldera i kieszeni cargo 🙂 Bilans kleszczowy – jedna nimfa, wycięta na wszelki wypadek razem z kawałkiem skóry (próba usunięcia nimfy przy pomocy kleszczołapki skończyła się rok temu rumieniem wędrującym i antybiotykami przez 3 tygodnie).

Najlepsze jednak na koniec: Mierzeję wybrałem, gdyż ładnych kilka lat temu spędziłem na niej dwa tygodnie urlopu po sezonie. Tydzień w samotności, żeby odpocząć od ludzi, tydzień z (jeszcze nie) żoną. Zaczynałem się już interesować – w teorii – survivalem. Miałem już nawet pierwszy nóż z głownią stałą ;). Były to jednak czasy, gdy pomysł na odwiedzenie Czarnobyla – choćby legalnie – powodował spory niepokój.

W tym okresie spałem „na kwaterze”, pilnując, żeby przypadkiem nie zostać w lesie po zmroku. Owe wakacje – choć było cieplej niż w zeszły weekend – wspominam jako permanentnie zimne, mimo grubego polaru i softshella. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że będę tam spał w lesie, żeby odreagować niemożność pojechania na kolejny nielegal w Zonie – zapewne nie uwierzyłbym.

Dobrze się uczyć. Warto przyzwyczajać organizm do niesprzyjających warunków. Warto nocować w lesie!

Tagi , , , , , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

4 odpowiedzi na „Zanocuj w lesie, czyli tanie wakacje w czasach pandemicznych

  1. Pingback:Nalgene Oasis, czyli tritan dla wojska - Tanie Przetrwanie

  2. Pingback:Tritan za (mniej niż) dychę, czyli bidon Quechua 100 - Tanie Przetrwanie

  3. Pingback:Ostatni (?) taki nielegal, czyli tydzień w Czarnobylu - cz. 1, wprowadznie i sprzęt - Tanie Przetrwanie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Spis treści