Ostatni (?) taki nielegal, czyli tydzień w Czarnobylu – cz.2, kordon Zony

Po wyjaśnieniu pesymistycznego tytułu cyklu oraz opisaniu zabranego na wyprawę sprzętu, pora na streszczenie wyprawy jako takiej. Wpis opowiada o tym, jak dostaliśmy się do Strefy i co działo się w pierwszych godzinach pobytu.

Nie więcej, niż 10 dni

Podstawowym parametrem pozwalającym na zaplanowanie jakiejkolwiek wyprawy jest ilość dostępnego czasu. Omawiając różne dostępne opcje i warianty, zdecydowaliśmy w końcu z towarzyszami podróży, że spędzimy w Zonie maksymalnie 10 dni. Maksymalnie – gdyż dopuszczaliśmy możliwość skrócenia wyprawy w przypadku zmęczenia lub kontuzji. Mając ustalony zakres czasowy, zaplanowaliśmy trasę w wersji optymistycznej (tzn. wykorzystanie całego dostępnego czasu przy założeniu pełni sił). Drugim krokiem była identyfikacja miejsc, w których wersja optymistyczna da się sensownie ocenzurować. Ustaliliśmy sobie również zakres celów, które każdy z nas chciał na wyprawie zrealizować. I choć uważny czytelnik wie już – z tytułu – że zdecydowaliśmy się na wcześniejsze wyjście z Zony, ja tego wtedy nie wiedziałem. Pozostało zatem spakować plecak, wsiąść do samolotu i przywitać się z Ukrainą.

Kijów

Już po opuszczeniu samolotu wiedziałem, że łatwo nie będzie. Kijów przywitał mnie falą nieznośnego upału, bijącego zarówno z bezchmurnego nieba, jak z nagrzanego betonu otaczających bloków. Ambitne plany zwiedzania miasta poszły natychmiast w zapomnienie – nie miałem przecież zamiaru ugotować się jeszcze przed wyruszeniem.

Jak zaznaczyłem w pierwszej części cyklu, do Kijowa przybyłem dzień wcześniej niż koledzy. Taki układ ma swoje wady (trzeba gdzieś przenocować) oraz swoje zalety (możliwość wyspania się przed wyruszeniem do Zony). Ponieważ zamierzałem w pełni wykorzystać możliwość odpoczynku w cywilizowanych warunkach, postanowiłem nie oszczędzać na noclegu. Wybrałem przyzwoity hotel, znajdujący się w pobliżu dworca autobusowego, z którego jeżdżą marszrutki w stronę Czarnobyla. Po zameldowaniu się, z pokoju wyszedłem tylko po szybkie zakupy (gaz do kuchenki, woda, papierosy) i na posiłek w pobliskiej pizzerii. Poza tym – korzystałem z uroków wylegiwania się w klimatyzowanym pokoju i możliwości regeneracji przed wyjazdem.

Ile można czekać?

Następnego dnia, wyspany, spożyłem niezłe, choć nieduże śniadanie uwzględnione w cenie pokoju.

Punkt 12:00, gdy skończyła się doba hotelowa, z żalem opuściłem klimatyzowane pomieszczenie. Po wymeldowaniu powędrowałem przez Kijów w celu znalezienia miejsca, w którym mógłbym poczekać na Staszka i Karola. Zakładałem, że nie będę musiał czekać długo, koledzy mieli przylecieć o 14:00, pół godziny na formalności, max godzina na dojazd… Google Maps naprowadził mnie na wysoko ocenianą knajpkę z kraftowym piwem. W knajpce, z uwagi na fakt, że kolegom ciągle przypominały się kolejne sprawy do załatwienia przed spotkaniem, koniec końców zostałem aż do 18:30. Kiedy, nielicho już zezłoszczony, spotkałem wreszcie spóźnialskich towarzyszy, okazało się, że opcja marszrutki przepadła. Rozwiązanie mieliśmy już na szczęście wypracowane przy okazji poprzednich nielegali. Uber bez problemu podwozi pasażerów z Kijowa w okolice Zony w cenie około 1000 UAH (+/- 160 PLN) 🙂

Na kordon!

Uprzejmy kierowca Ubera podwiózł nas we wskazane miejsce, czyli do domu zaprzyjaźnionego przewodnika oprowadzającego po Zonie legalnych turystów. Przy okazji, od lat zapewnia również Staszkowi dowóz na granicę Zony, odbiór z tejże granicy, a także możliwość przechowania tej części bagażu, która w Strefie nie jest potrzebna. Przywitanie, dyskusja o nowej ustawie antystalkerskiej, szybki prysznic, zmiana ubrania z cywilnego na mundur, pobranie wody. Słońce chyli się ku zachodowi, pora ruszać.

Zaprzyjaźniony przewodnik wysadził nas w okolicy jednej z wiosek znajdujących się przy granicy Zony. Nie powiem oczywiście gdzie, ale było to mniej więcej na wysokości opuszczonej wsi Łubianka, która była naszym pierwszym celem. Nie obyło się bez przygód. Zbliżając się do celu minęliśmy zaparkowany samochód, który najpierw zamrugał na nas światłami, a potem ruszył w pościg. Szczęśliwie pojazd, którym się poruszaliśmy, miał na tyle dobre parametry, żeby zostawić pościg z tyłu, a finalnie zgubić ogon.

Żeby dostać się do Strefy, trzeba przekroczyć, stanowiącą jej południową granicę, rzekę Uż (po naszemu: Wąż). Z uwagi na regularne wiadomości o łapaniu stalkerów na moście we wsi Martynowicze, który przez lata był dogodnym i nie strzeżonym środkiem pokonania rzeki, zdecydowaliśmy się na przejście Uża w bród. Najpier trzeba było się jednak do samej rzeki dostać. Poganiani przez regularne pomruki nieodległych piorunów, postanowiliśmy się sprężyć, aby przekroczyć rzekę przed nadejściem burzy.

Butożerne błoto, czyli nigdy więcej tej trasy

Bród, polecany przez jednego ze znajomych stalkerów, Mateusza, okazał się przylegać do terenów rolniczych. Przekroczywszy las otaczający wioskę w której wysiedliśmy, trafiliśmy na odkrytą przestrzeń, pełną kałuż i błota. Nie chcąc zamoczyć butów zdecydowałem się na założenie klapek. Pomysł na początku wydawał się dobry. Na początku. Dokładniej, do momentu, gdy zapadnięty w błoto do kostki, próbując wyciągnąć nogę odkryłem, że część trzymająca stopę co prawda wciąż jest na mojej nodze, ale podeszwa klapka w owym błocie została. Chwilę później ten sam los spotkał drugiego klapka. Niepocieszony schowałem samotne podeszwy do kieszeni plecaka w celu ich późniejszej naprawy, po czym założyłem z powrotem Nike Wearallday.

Radość po pokonaniu terenów rolniczych trwała tylko do momentu odkrycia, że od rzeki oddziela nas szeroki pas bagien. Zbliżająca się burza nie pomagała poprawić nastrojów. Cóż, odwrotu nie było, nadszedł czas by zmierzyć się z bagnami. Brodząc po kolana w wodzie i po pierś w roślinności, nie mogłem się zdecydować, czy cieszę się ze spłukania błota z butów przez bajoro, czy może jestem raczej zmartwiony faktem, że czas co najmniej do rana spędzę w przemokniętym obuwiu. Z ciekawości zerknąłem na GPS – okazało się, że w ciągu dwóch godzin pokonaliśmy zaledwie kilka kilometrów. Choć nie był to najlepszy wynik w moim życiu, nawigacja potwierdzała, że powoli acz nieustająco zbliżamy się do rzeki.

Uża przekroczenie, czyli wreszcie Zona

Kiedy, nieźle już umordowani, dotarliśmy do miejsca domniemanego brodu, pojawił się standardowy dylemat: kto sprawdza głębokość. Kandydatury były dwie: Staszek, jako najlżejszy, a tym samym najłatwiejszy do wyciągnięcia „w razie W”, oraz autor niniejszego wpisu, jako regularnie trenujący pokonywanie podobnych przeszkód terenowych. Nie przedłużając dyskusji, zabrałem Staszkowi jego składaną karimatę (mam taki sam model, po złożeniu charakteryzuje się niezłą pływalnością), odpaliłem Wizarda WR i zanurzyłem się w wodę.
Początek trasy nie rokowal zbyt dobrze – głęboki muł sprawił, że szybko zanurzyłem się do piersi. Bliżej drugiego brzegu robiło się jednak coraz płyciej – koniec końców uznaliśmy, że damy radę przejść. Wróciłem do kolegów, podpatrzonym na filmach sposobem zarzuciłem plecak na głowę i ponownie zanurzyłem się w rzece.

Jeśli kiedyś wpadniecie na pomysł, by przekraczać rzekę z 14-sto kilogramowym plecakiem na głowie, odradzam. Kompresja odcinka szyjnego kręgosłupa, zakłócona równowaga i ograniczona widoczność sprawiły, że w połowie drogi usłyszałem rzucone z brzegu pytanie „Dlaczego idziesz wzdłuż rzeki?” 🙂 Zdziwiony, wykonałem posłusznie zwrot o 90 stopni w kierunku, w którym moim zdaniem znajdowała się Zona. Wygramoliwszy się na brzeg, z ulgą zrzuciłem z głowy coraz bardziej ciążący plecak…

Tylko po to, by zobaczyć kolegów, ze zdziwieniem pytających, dlaczego zamiast wejść do Zony zawróciłem do nich 😉

Drugie podejście poszło nieco lepiej. Rezygnacja z opierania plecaka na głowie na rzecz podniesienia go jak najwyżej za szelki zapewniła dobrą widoczność i bez większego kłopotu przekroczyłem rzekę. Kolejną trasę tam i z powrotem zaliczyłem w celu przeniesienia plecaka – niższego o głowę – Staszka. W międzyczasie swój plecak przetransportował przez rzekę Karol.

Butożerna rzeka, czyli nigdy więcej tej trasy

Karol, mimo moich usilnych prób przekonania go do zmiany podejścia, przyjął w pakowaniu zasadę „Lepiej nosić, niż się prosić”. W rezultacie targał na plecach ponad 20 kilogramów szpeju wszelakiego. Po przeniesieniu staszkowego plecaka zauważyłem, że Karol wciąż jest w wodzie. Jak się okazało, zalegający dno Uża muł ściągnął mu adidasy, w których pokonywał dotychczasową trasę.

Butów, mimo poszukiwań, nie udało się odzyskać. Gdy gotowi do zawrócenia (wszak na bosaka Zony się nie przemierzy) zapytaliśmy co dalej, Karol wyciągnął z plecaka zapasowe buty – myśliwskie, wodoodporne trekkingi z Decathlonu. Wysokie za kostkę, ciężkie buty z membraną przypomniały mi mój solowy nielegal, na którym zdarłem pięty do żywego mięsa. Nie chcąc zapeszać, ugryzłem się w język, pozostając przy stwierdzeniu, że Zona pomogła Karolowi podjąć decyzję o ograniczeniu wagi ekwipunku.

Zerknąłem na GPS. 6 kilometrów, ponad trzy godziny. Solidarnie podjęliśmy decyzję, że jeśli zdecydujemy się na kolejne nielegale, na pewno, ale to na pewno nie skorzystamy już z tej trasy. Pierwszy z ustalonych celów – przekroczenie Uża – został osiągnięty. Szczęśliwie, drugi brzeg rzeki okazał się być bardziej gościnny, umożlwiając w miarę komfortowy marsz po wale przeciwpowodziowym.

Łubianka, sweet Łubianka

Uwielbiam wschody słońca w Zonie. Po całonocnym marszu cel wędrówki był już rzut beretem od nas. Burza postanowiła pójść w innym kierunku, częstując nas zaledwie krótkotrwałym opadem. Rozciągając zmęczone mięśnie rozkoszowałem się widokami. Mieliśmy zaraz wejść do Łubianki. Dobrego humoru nie były stanie popsuć nawet roje komarów, kłębiących się dookoła głowy i kąsających każdy odkryty fragment skóry.

Wieś Łubianka to miejsce, które Staszek darzy wielkim sentymentem. To tu urządził swoją chatę, do której przyniósł nawet moskitierę na drzwi. To od tej wsi zaczynały się najczęściej jego liczne wędrówki wgłąb Strefy. To tu – do niedawna – mieszkała zaprzyjaźniona z nim samosiołka, Baba Olga. Wieś ta – jak wiedzieliśmy – padła jednak ofiarą pożarów, które przetoczyły się przez Zonę w 2020 roku. Widziałem, jak Staszek rozgląda się nerwowo, patrząc, co zostało z jego ukochanej wsi. Okazało się, że jedt lepiej, niż się obawiał. Owszem, były miejsca, gdzie niegdyś stały chaty, a pozostały sterczące samotnie kominy. Ocalał jednak dom Baby Olgi, ocalała również stalkerska miejscówka w okolicach studni. Do tej właśnie miejscówki udaliśmy się w pierwszej kolejności w celu uzupełnienia zapasów wody i zjedzenia śniadania.

O co chodzi ze stalkerskimi chatami?

Jeśli dokładnie zbadać dowolną wieś w Zonie, wcześniej czy później można natknąć się na ślady stalkerów. Czasem będzie to niedopałek w puszce po konserwie, czasem porzucona butelka PET… a czasem pełnoprawna stalkerska miejscówka. Urządzane przez stalkerów chaty są doskonałą, choć ryzykowną bazą noclegową.

Doskonałą – bo stalkerska brać ściąga do nich wszelkie udogodnienia – w szczególności stoły, łóżka i materace. W chatach takich z reguły znajduje się miotła, której wypada użyć opuszczając miejscówkę. Niejednokrotnie w stalkerskich chatach można też znaleźć zapasy pozostawione przez osoby, które wiedzą już, że zabrały za dużo jedzenia. Ściany chat roją się od wpisów potwierdzających pobyt, niektóre mają również „dzienniki obecności” – zeszyty służące do pozostawiania notatek. Do chat takich znoszone są również ciekawe przedmioty znalezione we wsi – książki, zdjęcia, obrazy, płyty… podsumowując, klimat aż wylewa się ze ścian.

Z pięknym urządzeniem miejscówki wiąże się jednak ryzyko – siły porządkowe wcześniej czy później taką chatę namierzą… a potem będzie to pierwsze miejsce sprawdzane podczas patrolowania wsi.

Chatę w Łubiance znałem ze swojego solowego nielegala. Zmęczone mięśnie wołały o skorzystanie z gościnnych materaców. Zmęczeni podróżą Karol i Staszek optowali za pozostaniem w Łubiance, ja jednak byłem nieubłagany. Jeśli mają nas złapać, to nie pierwszego dnia. Po krótkim odpoczynku powędrowaliśmy więc do następnej wioski.

Tajna miejscówka w lesie

Nieopodal Łubianki znajduje się inna wieś. Na prośbę Staszka nie wymienię jej z nazwy – wystarczy powiedzieć, że w przeciwieństwie do Łubianki, wieś ta jest zarośnięta i nieprzejezdna dla samochodów. W praktyce oznacza to, że kolejna stalkerska chata, do której zmierzaliśmy, jest najbezpieczniejszą chyba przystanią w całej Zonie. Zarzuciwszy plecaki ruszyliśmy więc w drogę. Po dotarciu do celu pozostało tylko rozwiesić mokre ubrania, nadmuchać materac, wyciągnąć śpiwór i zapaść w uprawgniony sen.

Sen, który oczywiście – jak to w Zonie – nie nadszedł. Kłębiące się myśli, wspomnienia, przemyślenia – to wszystko sprawiło, że odpoczywały co najwyżej mięśnie. Umysł był na zbyt wysokich obrotach, żeby udało się zasnąć. Cóż, nie przeszkadzając kolegom, skupiłem się na oglądaniu stalkerskich zdobień chaty.

Jak pozyskać wodę

W okolicy opisywanej chaty nie ma żadnego sensownego źródła wody pitnej. Gdy jednak Staszek i Karol obudzili się z zasłużonego snu, pojawiła się okazja, żeby uzupełnić zapasy drogocennego płynu – ulewa. Gdy szykowałem się do wiązania kaptura poncza w celu zrobienia wodołapki, Karol po raz kolejny zaskoczył mnie zawartością swojego plecaka – okazało się, że poza własnym ponczem miał ze sobą również niewielkiego tarpa. Do zbudowania zbiornika na wodę wykorzystaliśmy więc ową płachtę, plus kilka cegieł i ławek znalezionych obok chaty.

Problem braku wody nie był palący – i tak planowaliśmy pod wieczór powrót do Łubianki. Złapanie deszczówki pozwoliło nam jednak nie martwić się wodą, w szczególności zaś uniknęliśmy konieczności targania dodatkowych kilogramów z łubiańskiej studni. Nie było więc innej opcji niż wykorzystanie okazji. Po przefiltrowaniu pozyskanego płynu uznaliśmy, że najwyższy czas zrealizować główny (chyba) cel przyświecający na tym wyjeździe Staszkowi. Ale o tym już w następnej części.

Tagi , , , , .Dodaj do zakładek Link.

4 odpowiedzi na „Ostatni (?) taki nielegal, czyli tydzień w Czarnobylu – cz.2, kordon Zony

  1. dzik z tarchomina komentarz:

    Czekam dnia, aż waga ekwipunku zejdzie poniżej 10kg na osobę. 😀
    Moje rzepki kolanowe pękają na samą myśl o 14-20 kg (w kazdym razie więcej niż 5 kg bez z wody i jedzenia).
    Na przeprawy przez wodę lub bagniska polecam sandały (wtedy nie trzeba mieć klapek).

    Ajde!

    • Bartek komentarz:

      Cześć!
      Im bardziej PESEL doskwiera tym bardziej staram się redukować wagę bazową. Temat poruszę w podsumowaniu cyklu 🙂

      A co do napędu… cóż, dobre parę lat temu usłyszałem, że kwalifikuję się do pilnej operacji odnóża. Dzięki sensownym fizjoterapeutom udało mi się jednak jej uniknąć przy zachowaniu niezłego zasięgu efektywnego 🙂

      Pozdrawiam,
      Bartek

  2. Pingback:Ostatni (?) taki nielegal, czyli tydzień w Czarnobylu - cz. 1, wprowadzenie i sprzęt - Tanie Przetrwanie

  3. Pingback:Ostatni (?) taki nielegal, czyli tydzień w Czarnobylu - cz. 3, spalone wioski - Tanie Przetrwanie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Spis treści