Zestaw powrotny na trudne czasy

Dzień powstania niniejszego wpisu jest jednocześnie ósmą dobą rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Choć Polska jest bezpieczna, wielu znajomych dopytuje się, co robić, czy uciekać już, czy za chwilę, co spakować, co kupić. Kluczowy sprzęt, taki jak Sawyer Mini, jest nie do dostania w normalnych cenach. Ot, panika.

Inspiracją dla dzisiejszego wpisu był przegląd filmów dotyczących zestawów powrotnych, które udało mi się znaleźć na Youtube. Co to jest zestaw powrotny (get home kit / get home bag)? Stosując niezawodną zasadę ignotum per ignotum, odpowiem, że to przeciwieństwo zestawu ucieczkowego 😉 A serio: jest to zbiór przedmiotów, który ma pomóc posiadaczowi w powrocie do domu w przypadku zajścia niekorzystnych warunków.

Także ten… obejrzałem filmy z takimi zestawami, zwłaszcza z USA. Ludzie, czego tam nie ma… Pałki teleskopowe. Kubotany. Apteczki pola walki. Jedzenie na dzień czy dwa. Kompasy. Wielkie latarki taktyczne. Dodatkowa odzież. Baterie na sto lat. Mistrz miał nawet dmuchany pół-materac Klymita…

To wszystko oczywiście w wielkim plecaku lub torbie – które, jak wiadomo, warto nosić ze sobą przy każdym wyjściu z domu 😉 Oczywiście – rozumiem ogólnie pojętą „sprzętozę” – sam przechodziłem ten etap, ale – w imię rozsądku – nawet nie w połowie w takim stopniu. Cóż, w ramach odreagowania filmów i ćwiczenia umysłu postanowiłem skomponować rozszerzony zestaw na trudne czasy. Z góry uprzedzam, nie będę uzasadniał dokonanych wyborów wyssanymi z palca opowieściami. Życie pisze własne scenariusze. Zestaw zakłada posiadane przeze mnie doświadczenie i umiejętności. Dla Was powinien być co najwyżej inspiracją – dlatego znajdziecie w tekście również potencjalne zamienniki.

Przed opisaniem wyniku przedstawię jednak…

Cel ćwiczenia

Zestaw komponowałem pod kątem powrotu do domu znajdującego się w środowisku miejskim. Po rozstaniu z żoną straciłem dostęp do działki, na której przemieszkiwałem większość ostatnich dwóch lat (a którą czytelnik zna choćby z recenzji tarpa 3F), nie zakładam więc ucieczki na dystans kilkudziesięciu kilometrów – nie mam dokąd i po co ;). Zestaw ma być przydatny, jeśli niesprzyjające warunki zastaną mnie poza domem, ale nie na dalekim wyjeździe. Ot, na przykład w Kampinosie czy Międzylesiu. Tworząc go zakładałem również, że wracać będę po zmierzchu – by uniknąć wykrycia. Jednocześnie, komplet powinien być na tyle mały, by umożliwić skryte przenoszenie, przy jednoczesnym umożliwieniu szeroko pojętej improwizacji. Jest to jednocześnie rozszerzenie tego, co i tak noszę zawsze – foldera, apteczki i zegarka. To jedziemy.

Opakowanie

W ramach ćwiczenia postanowiłem przeprosić się z – nie opisanym jeszcze na blogu – mini organizerem EDC Baribala. Przeprosić się – gdyż w przeciwieństwie do mini-nerki nie uważam, żeby w swojej podstawowej wersji produkt był zbyt udany. W skrócie – jeśli, podobnie jak ja, nie dopłacisz do wersji pogrubionej, wypełnienie gum organizacyjnych pełnoprawnym szpejem powoduje, że organizer się nie domyka, lub domyka z trudem. W sytuacji, gdy walczymy ze szpejozą jest to jednak zaleta w postaci naturalnego ogranicznika. Organizer – standardowo – jeździć będzie w plecaku Wisport Sparrow. W przypadku wystąpienia niesprzyjających okoliczności, natychmiast powędruje z plecaka na pas – z tej prostej przyczyny, że plecak łatwiej stracić niż coś noszonego na ciele. W tym celu przymocowałem do organizera dwie szlufki z rzepem – również od Baribala.

Organizer jest na tyle płaski, że – jeśli będę akurat miał kurtkę – mogę go przenieść również w jej kieszeni. W ramach zastępstwa możesz oczywiście użyć czegokolwiek innego – nerki, małej ładownicy czy kosmetyczki, woreczka… nawet lepiej, żeby opakowanie nie wyglądało wojskowo.

Skoro jednak opakowanie mamy z głowy, przejdźmy do zawartości.

Jednostka główna: Leatherman Wave+

Powiem krótko – nie jestem fanem noszenia multitoolów w teren. Wave (bez plusa) targałem wyłącznie w jednym celu – kombinerkami wygodne wyjmuje się kubek z ogniska. Pozostałe narzędzia praktycznie nie były wykorzystywane (może poza – gorszą niż w Victorinox GAK – piłą). Noże z kiepskiej stali wolałem oszczędzać, a śrubokręty raczej się w lesie nie przydają. Dowodem na umiarkowaną przydatność niech będzie fakt, że chwilę przed inwazją Rosjan udało mi się Wave (bez plusa) popsuć. Szczęśliwie, gwarancja Leathermana wciąż działa i wczoraj odebrałem nowiutki egzemplarz Wave+.

Wracając do przydatności toola: sytuacja zmienia się diametralnie, gdy zakładamy operowanie w środowisku miejskim. Zastosowań dla kombinerek nie zliczę. Jeden czy drugi śrubokręt też się może przydać. Zrozumie to każdy, kto kiedykolwiek oglądał McGyvera 😉 Zakładając niezbyt długą konieczność użytkowania zestawu, mogę żyć także z kiepskimi ostrzami.

Zamiennik jednostki głównej

Jeśli nie posiadasz żadnego multitoola i nie chce Ci się wydawać od ręki 500 PLN, spokojnie możesz poprzestać na małych kombinerkach oraz którymś z Victorinoxów w rozmiarze 91 mm.

Po zgubieniu w Zonie Campera, polecam aktualnie Huntsmana – ale weź taki, jaki masz. Albo kup taki, jaki Ci się spodoba – warto jednak, żeby miał nożyczki do obsługi zawartości apteczki. Podpowiem od razu – zajrzyj na OLX, można tam wyrwać używane Vicki w lepszej niż sklepowa cenie.

Jeśli natomiast kusi Cię, by użyć poniższego badziewia…

…to zwalcz tę pokusę od razu. Tool na zdjęciu wygląda na nowy, bo – znów – na podstawie gwarancji został wymieniony. Jego poprzednik zaś poddał się w starciu ze… starą siatką ogrodzeniową. Traf chciał, że mam to sfilmowane. Chciałem zapytać na grupie survivalowej, czy w egzemplarzach innych użytkowników też się tak dziwnie „rozchodzą” kombinerki… i trach 🙁

Od tego czasu nie polecam Squirta. Bo nie.

Starczy na temat jednostki głównej. Czas na…

Źródła ognia

Bystry obserwator, który przed lekturą obejrzał zdjęcie przewodnie, zdziwi się pewnie, że zaczynam od zapalniczki. Kolejność nie jest przypadkowa – zapalniczka jest bardziej neutralna w środowisku miejskim, a niekoniecznie warto się od razu zdradzać z posiadanym sprzętem i umiejętnościami. Do tego, przypalenie komuś papierosa jest dobrym sposobem na nawiązanie rozmowy i pozyskanie ewentualnego sojusznika. Ostatnia kwestia – nie mam aktualnie motywacji, żeby rzucić palenie 😉 Ważna sprawa – zapalniczka w zestawie musi być nowa – nie warto przepalać gazu bez sensu.

Mając dwie (bo jedną w kieszeni) zapalniczki trochę bez sensu jest targać krzesiwo. Cóż jednak począć, sprzętoza to sprzętoza, a zestaw survivalowy bez krzesiwa to nie zestaw survivalowy 😉 Wspomniany wyżej bystry obserwator zdziwi się zapewne, że nie widzi w zestawie taniego krzesiwa z Allegro a jakiś gruby pręt. Cóż – jest to niedostępne aktualnie w sklepach krzesiwo Helikon Firespark.

Czemu akurat tak? Standardowo traktuję je jako zniewalająco dobry sprzęt – czyli coś, co czeka na „właściwy moment”. Skoro jednak wojna za progiem, uznałem, że czas wyciągnąć najcięższe działa. Stąd właśnie to, a nie inne krzesiwo.

Po oświeceniu Was w tej kwestii, czas oświecić sobie drogę, czyli opisać…

Oświetlenie

Czytelnik zaznajomiony z blogiem rozpozna z pewnością latarkę Lumintop Tool AAA. O jej zaletach nie będę się ponownie rozpisywał, starczy powiedzieć, że wybór podjąłem z uwagi na:

  • zasilanie – baterie AAA potencjalnie można łatwo zdobyć, jeśli wyczerpię akumulator w latarce oraz zapas, widoczny na zdjęciu przewodnim
  • niski tryb świecenia – w razie potrzeby będę mógł dłużej korzystać z latarki oraz mniej narażać się na zdradzenie swej obecności.

Ponieważ Lumintop wycofał chyba Toola AAA z oferty, jako zamiennik mogę polecić jej większą siostrę, czyli Tool AA 2.0 dostępny na Aliexpress. Muszę rozszerzyć recenzję AAA o większą siostrę, ale w skrócie, robi to samo, tylko na większej baterii.

Można również użyć dowolnej małej latarki na ogniwa AA lub AAA. Np. popularnego Olighta I3E EOS, bez trudu dostępnego w Polsce. Zwłaszcza, że nawet przy jednym trybie, jasność latarki można ograniczyć zasłaniając częściowo diodę palcem 😉

Żeby zaś wszystkiego nie zapomnieć, przyda się…

Pamięć zewnętrzna

Zdarzyło się Wam kiedyś naprawdę, ale to naprawdę zestresować? Mi tak. Ot, choćby gdy na potencjalnie bezpiecznej trasie wyjściowej z Zony odkryłem nagle, że muszę w środku nocy gubić dwa ścigające mnie samochody. Adrenalina skacze, włącza się widzenie tunelowe oraz – co ważne – pamięć potrafi wyrzucić nieistotne dla przetrwania fakty. Ot, po zgubieniu pościgu nie mogłem sobie nijak przypomnieć, na którą godzinę umówiłem się z kierowcą 😉

Zakładając stresowe sytuacje, warto mieć ze sobą notes i coś do pisania – można w ten sposób oszczędzić baterię telefonu. Dodatkowo, jeśli notes ma łatwo wyrywalne kartki – można wówczas obdzielić zapisaną wiadomością osobę trzecią – znów, bez marnowania prądu. U mnie – z tych samych przyczyn, z jakich wziąłem Firesparka – padło na wodoodporny notes Rite in the Rain. Spokojnie wystarczy jednak dowolny notesik – trójpaki niewielkich notatników można kupić we Flying Tiger, wodoodporność zapewni zaś choćby torebka strunowa.

Mając na czym pisać, trzeba jeszcze wybrać…

Narzędzie do pisania

Zastanawiałem się, co będzie najlepszym wyborem w zestawie survivalowym – w końcu zdecydowałem się na marker Sharpie Fine Point.

Popularny za kałużą marker charakteryzuje się przede wszystkim sporą żywotnością oraz całkiem precyzyjnym – jak na flamaster – zapisem.

Dlaczego jednak flamaster a nie długopis lub ołówek? Cóż, markerem można napisać coś na ścianie czy innym płocie, oznaczyć element ekwipunku, czy wreszcie (choć zasadniczo jest to odradzane) spisać na rękawiczce odpowiedzi pacjenta na wywiad SAMPLE. Długopis – nawet kosmiczny (przyznam się, że choć we wstępniaku nabijam się z tych długopisów, Fisher Space Pen Bullet oczywiście mam 😉 ) – tego nie zapewnia. Z uwagi na wszechstronność – wybieram więc marker. Jeśli nie masz Sharpie, weź zwykły flamaster. Albo chociaż byle długopis 😉

Peryferia

Na koniec do wspólnego worka wrzucę najmniej ważne przedmioty. Są to kolejno kabel USB-C, rękawiczki nitrylowe oraz igłę z nitką. Po co mi kabel bez ładowarki lub powerbanka? Cóż, ani jedno ani drugie nie wejdzie do organizera 😉 Kabel zajmuje jednak niewiele miejsca, a może się przydać, jeśli znajdę się w towarzystwie kogoś, kto ma źródło prądu z dwoma wtyczkami i będzie mi chciał użyczyć cennej energii. Rękawiczki to dubel – jedna para jeździ w aptecze. Nitka Ariadna Tytan wraz z igłą to zaś rezerwa na wypadek konieczności naprawy ekwipunku. Przypomnę – ta sama nić uratowała system nośny plecaka Karola na ostatnim nielegalu w Zonie. Przy okazji zyskuję zaś nitkę dentystyczną w celu zachowania podstawowej higieny.

Tyle samego zestawu. Przejdźmy do pytań, które potencjalnie mogą się narzucić Czytelnikowi.

Gdzie jest nóż z głownią stałą, lub choćby ukryte ostrze?

Nigdzie 😉 W środowisku miejskim raczej nie będę musiał nic batonować, a w razie pojmania przez wojsko – w przeciwieństwie do policji – wolę nie mieć ze sobą nic trefnego.

Gdzie apteczka?

Jak to gdzie? Też w plecaku, pisałem na wstępie 😉 Traktuję ją jako odrębną część ekwipunku a nie część zestawu ucieczkowego. W razie kłopotów też pójdzie do kieszeni.

Co z wodą?

Wahałem się, czy zestaw powinien zawierać filtr, jednak po namyśle odpuściłem. Zestaw z definicji ma służyć przez krótki okres powrotu do domu. W apteczce podręcznej noszę tabletki Javel Aqua – można by je spokojnie dorzucić do organizera.

A gdzie broń?

Cóż… w kieszeni. Niezależnie od Leathermana w organizerze, w kieszeni zawsze mam jakiś folder. Sześć lat ćwiczenia szermierki historycznej nauczyło mnie w pewnym stopniu posługiwać się w walce również nożem – choć i tak odradzam takie zapędy, gdyż z treningów wynika, że walka na noże rzadko kończy się na jednym trafieniu. Odradzam zaś podwójnie czytelnikom, którzy nożem w walce posługiwać się nie uczyli. To samo dotyczy zresztą każdego rodzaju broni – nie umiesz obsłużyć, nie noś.

Co z nawigacją?

Ćwiczenie zakłada, że nie jestem zgubiony w dziczy, tylko gdzieś pojechałem i muszę wrócić. Czyli mam dostatecznie dobrą pamięć, żeby wiedzieć, gdzie się kierować. W razie totalnego chaosu, kompas – umiarkowanie dokładny – mam w zegarku.

Co wrzucić do plecaka ucieczkowego?

Nic. W sensie, rozumiem, że możesz się czuć niespokojnie, ale nie panikuj. Zrób coś, żeby „spalić” kortyzol. Zrób coś, czego nie zdarzyło Ci się robić dawno lub nigdy. Idź na rower. Zanocuj w lesie. Poszukaj lampionów w Międzylesiu czy innej stałej trasie na orientację.

Żeby nie było – sam też się stosuję do powyższych zaleceń. Ot, dwa dni temu zrobiłem sobie pierwszy w życiu tatuaż – i to od razu na cały mięsień naramienny. Zapewniam, że mało co tak odwraca uwagę od geopolityki niż pięć godzin wbijania igieł w łapę 😉 ).

No dobra, jeśli już musisz wiedzieć – uciekając z miasta zabrałbym, z dwoma zastrzeżeniami, dokładnie to samo, co do Zony. Scenariusz w końcu ten sam – zwiać w dzicz i nie dać się złapać. Zastrzeżenia: bezwzględnie zrezygnowałbym z ubrań choćby przypominających mundur. Dobrałbym również śpiwór do aktualnie panującej pogody.

Może być? To sio, zając się czymś pożytecznym 😉

Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

  • Spis treści