Badanie granic, czyli wycieczka rowerowa

Niniejszy wpis powstał na prośbę Kamila z Endurorider.pl. No, prawie. Kamil chciał, żebym napisał coś o wrażeniach z jazdy na rowerze, który mi polecił. Ponieważ jednak nie zwykłem pisać o sprzęcie, z którego korzystam krótko, będzie po mojemu. Ot, tak, survivalowo.

Znaj swoje granice

Od czasu do czasu lubię posłuchać rady internetowych pseudocoachów i wyjść ze strefy komfortu. Sprowadza się to do najczęściej do zaserwowania sobie aktywności fizycznej, której albo nie wykonywałem nigdy, albo wykonywałem dawno. Dodajmy, zaserwowania w dużej dawce.

Jaki jest cel tego ćwiczenia? Prosty: zbadanie działania mózgu przy nie sprzyjających warunkach. Swego czasu zaliczyłem krótką przygodę z Krav Magą – genialni izraelscy uczeni odkryli, iż w warunkach wyczerpania fizycznego mózg pracuje podobnie jak w czasie walki. Stałym elementem treningów było wymęczenie kursantów ostrym kardio, po czym polecenie wykonania przyswajanych technik. Jeśli technika nie wychodziła – znaczy, nie wyszłaby w walce. Mechanizm ten można jednak wykorzystać również do weryfikacji ogólnie pojętych umiejętności survivalowych.

Ważne są tu trzy rzeczy. Pierwsza: zrób coś, czego nie robisz na co dzień – chcesz zbadać reakcję organizmu na nieznane warunki (zakładam, że nie znajdujesz się przecież co tydzień w sytuacji survivalowej). Druga – ponieważ to ćwiczenie, zapewnij sobie plan awaryjny na wypadek kłopotów. Trzecia, najważniejsza: niezależnie od przebiegu ćwiczenia wyciągnij wnioski – najlepiej próbując je spisać. Czy uważasz ćwiczenie za udane? Jakie lekcje płyną z ćwiczenia? Co się udało? Co można było zrobić lepiej?

Cierpliwy czytelnik znajdzie poniżej relację z zastosowania tej techniki w praktyce, a czytelnik, który dobrnie do końca, zapozna się też z wnioskami z tego eksperymentu. Uprzedzając – nie chodzi o to, żeby się chwalić. Chcę natomiast pokazać Ci na konkretnym przykładzie swój sposób sprawdzania własnych reakcji w niestandardowych warunkach, a także zachęcić Cię do własnych prób. Będzie więc o rowerze. Nawet jeśli bardziej pasjonująco byłoby zilustrować przykład na podstawie wspinaczki na Oko Moskwy, Kamil prosił o wpis o rowerach, a przyjaciołom się nie odmawia 🙂

Pojazd na czas pandemii

Kamila znam z czasów, kiedy jeszcze nie był wpływowym blogerem rowerowym, na myśl o którym dystrybutorom cierpnie skóra ;). Dokładniej, z czasów liceum. Kiedy na początku pandemii koronawirusa zmieniłem centrum życiowej aktywności z miasta na działkę letniskową, wziąłem ze sobą starego Avengera, któremu, jak się okazało, dwa lata przechowywania w piwnicy nie do końca wyszły na dobre. Ponieważ była to kolejna z serii awarii, które spowodowały odstawkę roweru, poprosiłem Kamila o rekomendację nowego pojazdu. Na scenę wjechał więc Octane One Prone.

Założenia wycieczki

Rower przyjechał ze sklepu do Kamila, który rozłożył go na czynniki pierwsze, poprawił, co uznał za stosowne po czym przekazał go w moje ręce. Miałem kilka opcji przewiezienia go ze stolicy na oddaloną o 80 km działkę. Samochód, pociąg do najbliższej stacji plus 40 km na rowerze lub 80 km bezpośrednio z Warszawy. Wybrałem ostatnią opcję, układając dodatkowo trasę tak, by jechać nieznanymi drogami. Spełniło to warunek pierwszy – od lat nie jeździłem rowerem.

Co do warunku drugiego, planem awaryjnym była żona, która obiecała pozbierać mnie z trasy samochodem w razie konieczności odwołania misji pt. dojazd na działkę.

W ramach wycieczki przewidywałem dyskomfort w części ciała, która styka się z siodełkiem – odzwyczaiła się wszak. Uznałem, że potencjalnie problematyczny może być aspekt fizyczny – praca na wyższym tętnie, niż przy moim ulubionym chodzeniu. Skoro jednak 30 km potrafię przejść bez przystanków, 80 km na rowerze też powinno dać radę.

Załadowałem plecak nadmiarowymi ubraniami (na działkę wracałem po urlopie), dorzuciłem dwa litry izotoniku w bukłaku Source. Znalazło się również miejsce na ponczo, apteczkę, filtr Sawyer Mini oraz mini-nerkę z podręcznym EDC. Ewentualne jedzenie planowałem pozyskać ze sklepów, podobnie jak dodatkowe płyny.

Rezultat

Uważny czytelnik zorientował się już zapewne, że gdyby wszystko poszło OK, nie pisałbym o tej wyprawie 😉 Więc, owszem, zgadza się, nie dojechałem.

Po kilku pierwszych kilometrach okazało się, że siodełko w nowym rowerze chyba mnie nie lubi. Kolejne kilkanaście kilometrów potwierdziło tę tezę. Dyskomfort zmienił się w stopniowo zaostrzający się ból. Gdy wydostałem się już z miasta, zmieniłem technikę jazdy tak, by jak najwięcej obrotów pedałów wykonywać bez kontaktu tylnej części ciała z siodełkiem. Gdy już wydawało mi się, że znalazłem obejście, nastąpiła awaria elementu, przed którym w swoim artykule przestrzega Kamil: na 40tym kilometrze poluzowała się nadmiarowo obciążana korba, przez co pedał zaczął „pływać” pod stopą. Dokładniej, poluzował się element na zdjęciu. Miałem multitoola z zestawem bitów, jednak tak dużego imbusa ze sobą nie wziąłem. Dokręcanie kombinerkami pomagało na 200 – 300 metrów, po czym problem powracał.

Żyjemy w czasach, gdy większość ludzi nosi w kieszeni podręczny komputer. Szybkie sprawdzenie pokazało, że w okolicy jest co prawda sklep z rowerami, jednak znajduje się on ok. 10 km dalej – prostopadle do bieżącej trasy. Oznaczało to nadłożenie w sumie 20 km, z czego połowa z uszkodzonym napędem. W sklepie dokręcili mi tę śrubę przy pomocy grzechotki ze sporą dźwignią – i załatwiło to sprawę. Domyślny czytelnik wie już jednak pewnie, że właśnie tych 20 km zabrakło mi do celu.

Przyswojone lekcje

Dochodzimy do podsumowania. Czytelnik dociekliwy zadaje sobie zapewne pytanie, czy uważam eksperyment za porażkę. I tak, i nie.

Tak – bo nie dojechałem do celu i musiałem korzystać z planu awaryjnego. Nie – gdyż zdobyłem sporo cennej wiedzy zarówno na temat reakcji własnego organizmu, jak sposobu myślenia w sytuacjach awaryjnych.

Odpoczynek jest ważny

Mój odwieczny problem – nie potrafię odpoczywać w trakcie długotrwałego wysiłku. Zatrzymam się po paru godzinach na 10 minut i już mnie nosi, żeby podążać dalej. Na samotnej wyprawie do Zony obszedłem problem, wracając po 10 latach przerwy do papierosów. Cogodzinna przerwa na papierosa pozwalała odpocząć organizmowi zmęczonemu marszem, gdyż rytuał palenia zajmował czymś umysł. Tu zabrakło tego elementu – pierwszy przystanek, wymuszony przez serwis, zrobiłem po 50 kilometrach. Za późno!

Wciąż się nie poddaję...

Serwis znajdował się w miejscowości, z której mogłem wrócić pociągiem do Warszawy. Pokusa, by się poddać, była spora. Obolały zad, wątpliwości związane z wydłużeniem trasy, zmęczenie, początkowe stadium udaru cieplnego (o tym niżej)… uznałem jednak, że trzeba próbować dalej. Fakt, ciąg dalszy trasy był pokonywany na przemian na piechotę (by dać odpocząć tylnej części ciała) i na rowerze. Chodzone odcinki pozwalały również jednak odpocząć mięśniom odpowiedzialnym za napędzanie roweru, co było dodatkowym bonusem.

…choć rozsądek górą.

O ostatecznym zawezwaniu pomocy zadecydował postępujący udar cieplny. Na wyprawę wybrałem piękny słoneczny dzień, trasa zaś tylko z rzadka wiodła przez las. Początkowo objawy, czyli narastający ból głowy oraz nudności, brałem na karb ogólnego zmęczenia. Gdy do kompletu doszły zawroty głowy, uznałem, że pora odpuścić. Jest to dla mnie o tyle ważne, że skutki niektórych kontuzji, których nabawiłem się przez ośli upór w podobnych sytuacjach, odczuwam do dziś. Kiedyś jechałbym dalej, pewnie aż do ewentualnego omdlenia. Eksperyment rowerowy pokazał, że zacząłem wreszcie słuchać swojego organizmu, z czego się cieszę.

Co się udało?

Przede wszystkim – przemieściłem się o założony dystans. 80 km „pękło” w około 9 godzin, wliczając serwis i odpoczynki. Dla zaawansowanego rowerzysty pewnie żaden rezultat. Dla kogoś, kto przed dwuletnią przerwą jeździł maksymalnie 40 km dziennie, wynik zadowalający. Po rozładunku roweru z samochodu, rozpaliłem na szybko ognisko, żeby sprawdzić, czy odruchy pomimo zmęczenia działają. Działały!

Co można było zrobić lepiej?

Przede wszystkim – wziąć komplet narzędzi, pasujących do każdej możliwej śruby w konstrukcji roweru 😉 Sensowne byłoby też wykonanie ćwiczenia w dzień nie będący ostatnim dniem urlopu. Gdybym nie musiał następnego ranka zameldować się w pracy (zdalnej), spakowałbym śpiwór i w razie potrzeby spędził noc w terenie, dzieląc dystans na dwie części. Można również było zrobić przynajmniej jedną przejażdżkę na trasie dłuższej niż dookoła podwórka w celu przyzwyczajenia zadu do siodełka.

Na sam koniec…

Zapomniałbym. O wrażeniach z jazdy miało coś być, z punktu widzenia kogoś, kto nie ujeżdżał setki rowerów 😉 No to tak: jako osobnik wysoki dostałem wreszcie pojazd, na którym siedzę anatomicznie. Jazda na poprzednim rowerze wcześniej czy później odzywała się w odcinku lędźwiowym kręgosłupa – tu, niezależnie od opisanych wyżej dolegliwości, plecy miały się dobrze. Póki co nie podzielam kamilowego entuzjazmu do hydraulicznej sztycy, bo jeszcze nie miałem okazji wykorzystać tego rozwiązania na większych wybojach.

Zmiana przedniego napędu na jednotarczowy jest fajna. Jestem prostym człowiekiem, nie lubię się zastanawiać, czy subtelna różnica między 2 x 6 a 3 x 5 przemawia istotnie za jedną z obu opcji. Mam jedną manetkę zmiany biegów, co mi odpowiada. Dodatkowo, w Avengerze do szału doprowadzało mnie szorowanie łańcucha o prowadnicę od przedniej przerzutki na skrajnych przełożeniach. Tutaj nie ma problemu – plus!

Rozczarowująca jest awaria korby na pierwszej wyprawie, jednak producent mógł nie przewidzieć stałego obciążenia przez nie najlżejszego osobnika, dociążonego dodatkowo nie najlżejszym plecakiem. Choć Kamil ostrzegał, że to rozwiązanie jest słabe, liczyłem jednak na przynajmniej paręset przejechanych bezawaryjnie kilometrów. Nic to, nowa korba z Aliexpress zamówiona.

O braku montażu na bagażnik wiedziałem wcześniej, ale jakąś metodę podczepiania sakw muszę wykombinować. Ciężki plecak nie lubi się z korbami na kwadrat.

Siodełko zaliczam póki co do narzędzi tortur – poprzedni rower nie dał się we znaki tak szybko. Po tygodniowej przerwie dałem radę pojeździć godzinę, ale wciąż w towarzystwie dyskomfortu. Cóż, w razie czego wymienię na stare.

I tyle 🙂

Tagi , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Jedna odpowiedź na „Badanie granic, czyli wycieczka rowerowa

  1. Pingback:Korba HT2 z AliExpress - Endurorider.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Spis treści