Ostatni (?) taki nielegal, czyli tydzień w Czarnobylu – cz. 4, na Prypeć!

W chacie, którą dwa lata wcześniej uznałem za swoją, a która – jak opisałem w poprzedniej części cyklu – uniknęła spalenia w pożarach, wreszcie udało mi się wyspać. Dokładna kąpiel w wodzie ze studni sprawiła, że poczułem się dużo lepiej. Nadszedł moment, by zrealizować pierwszy z celów wyznaczonych na ten dzień – zwiedzić wieś Rudki, znajdującą się około 4 kilometry na zachód od Rzeczycy. Ponownie – w ramach BHP – spakowaliśmy i ukryliśmy plecaki, po czym wyruszyliśmy w drogę. Ostrożność w działaniu sprawiła, że do tej pory nie spotkaliśmy żadnych innych ludzi. Niedługo miało się to zmienić.

Kontakt!

Przemierzając nielegalnie Strefę Wykluczenia należy wyrobić sobie nawyk regularnego rozglądania się dookoła oraz nasłuchiwania podejrzanych odgłosów. Do tych ostatnich należą przede wszystkim dźwięki wydawane przez pojazdy mechaniczne. Słysząc silnik nie sprawdzamy, co takiego jedzie – pierwszym odruchem ma być ucieczka za najbliższą osłonę terenową. Zasadniczo rzecz ujmując, stalker, zwłaszcza samotny, jest ciężko uchwytny w trasie. Silnik najczęściej można usłyszeć z dużej odległości.

Najczęściej 😉 Buchankę, należącą, jak potem ustaliliśmy, do okolicznych leśników, zobaczyliśmy dzięki słońcu, które odbiło się od jej szyb. Szczęśliwie jechała z naprzeciwka. Samochód ten ma względnie cichy silnik, dlatego nasze kroki i rozmowy skutecznie uniemożliwiły wykrycie go przy pomocy słuchu. Na szczęście starczyło czasu na ucieczkę.

Wątpię, żeby film to oddawał, ale obserwacja, jak nie podejrzewający niczego kierowca mija miejsce ukrycia jest jednym z najbardziej satysfakcjonujących momentów każdego nielegala.

Rudki – krótka eksploracja

Do Rudek wybrałem się już raz w 2019 roku. Powodem wycieczki była informacja, iż jest to wioska obfitująca w interesujące architektonicznie chaty. Choć wieś zwiedziłem pobieżnie, nie zobaczyłem wówczas nic, co potwierdzałoby ową plotkę. Staszek chciał jednak przekonać się na własne oczy, a Karol ani ja nie mieliśmy nic przeciwko temu. Pierwsza niespodzianka czekała na nas na skraju wsi.

Czytelników nie znających cyrylicy informuję, że tabliczka informuje o obecności widocznych w tle zbiornikach przeciwpożarowych. Ucieszył nas ten widok – wychodzi na to, że zarząd Strefy wyciągnął wnioski z pożarów w 2020 roku. Sama wioska, leżąca przy granicy z Białorusią, nie zmieniła się specjalnie od mojej ostatniej bytności. W szczególności, nie przybyło w niej interesujących okazów architektonicznych. Jedyne, co udało nam się znaleźć, to ładnie zdobione framugi okienne jednej z chat.

Dalsza eksploracja pozwoliła również na odnalezienie dość ciekawego artefaktu czasów minionych – mapy z czasów przed awarią – jej zdjęcie czytelnik znajdzie pod tytułem wpisu. Mimo początkowej pokusy, by wziąć mapę na pamiątkę, postanowiłem pozostawić ją tam, gdzie ją znalazłem. Miałem przecież znacznie dokładniejszą sztabówkę. Usatysfakcjonowani zwiedzaniem skierowaliśmy się z powrotem do Rzeczycy.

Kontakt bis

Szybko okazało się, że nie tylko my postanowiliśmy wracać. Mniej więcej w połowie drogi znów byliśmy zmuszeni nurkować w krzaki – z naprzeciwka wracała znajoma Buchanka. Gdy, przeklinając pod nosem nadgorliwych leśników, wypełzliśmy zza osłony, oczom naszym ukazał się… majaczący na horyzoncie traktor. Ponowne zanurkowanie w krzaki okazało się zbyt późne: kierowca maszyny nas zauważył. Szczęśliwie, jedyne, co mógł zrobić, to obtrąbienie miejsca naszej kryjówki – na trasie Rudki – Rzeczyca nie ma zasięgu GSM. Incydent dał nam jednak do myślenia, zeszliśmy więc z wygodnego asfaltu i pozostałą część trasy pokonaliśmy na przełaj.

Plany, plany, plany

Wycieczka do Rudek, którą zaliczyliśmy w okolicach południa, dała nam nieźle w kość. W nogach mieliśmy – wliczając eksplorację – już jakieś dziesięć kilometrów. Dzięki rzeczyckiej studni nie groziło nam odwodnienie, zmęczenie zmusiło nas jednak do zastanowienia się nad dalszymi działaniami.

Co tu dużo gadać – w 2020 wszyscy trzej trochę się zapuściliśmy kondycyjnie i zmęczenie dawało znać o sobie. Dodatkowo, Karol już wcześniej zgłaszał, że moje obawy związane z jego obuwiem stały się rzeczywistością. Przyparty do muru przyznał się, że odparzenia ma w wyjątkowo podłym miejscu – na spodzie pięt.

Pierwotny plan zakładał, że bezpośrednio z Rzeczycy idziemy do Prypeci. Dystans niby nieduży – kolejne 10 km. Wiedzieliśmy jednak, że nie wystarczy dojść do miasta, konieczne będzie również znalezienie miejsca do spania. Nocnej eksploracji również nie chcieliśmy odpuścić. Prypeć musiała poczekać.

Pomysł pozostania w Rzeczycy jeszcze na jedną noc, ku mojemu rozczarowaniu, upadł. Za optymalną uznaliśmy opcję pośrednią, czyli przejście mniej więcej połowy drogi do miasta i odpoczynek w Starych Szepieliczach.

Skalkulowane ryzyko

Stare Szepielicze są miejscem, w którym o wpadkę nietrudno. Wieś znajduje się blisko – mocno pilnowanej – Prypeci. Niedaleko znajduje się również punkt kontrolno – przepustkowy (KPP) Beniwka. Zdecydowaliśmy, że wychodzimy późnym popołudniem, aby do niebezpiecznej wioski dotrzeć już po zmroku. Zebraliśmy sprzęt, przefiltrowaliśmy wodę – czas było ruszać.

Rzeczyca pożegnała nas widokiem łosia pasącego się na łące w pobliżu linii energetycznej.

Nie niepokojeni przez ludzi ani innych przedstawicieli lokalnej fauny, po zmroku dotarliśmy do Starych Szepielicz. Tu pojawił się podstawowy problem, czyli wybór miejsca na nocleg. Do wyboru mieliśmy chaty, które, choć ukryte wśród drzew, były w bezpośrednim sąsiedztwie uczęszczanej przez patrole drogi, lub domy na całkowicie otwartej przestrzeni, w których mogliśmy zostać zauważeni w oknach. Żadna z miejscówek nie wydawała się optymalna – postanowiliśmy więc spędzić noc w domu wyglądającym na małe przedszkole, po czym wstać przed 4:00 w celu zlokalizowania lepszej kryjówki. Padając z nóg rozłożyliśmy materace (żeby oszczędzić kolegom chrapania wybrałem sobie osobny pokój) i zapadliśmy w zasłużony sen. Przed zaśnięciem skonstatowałem z zadowoleniem, że poprzedniego dnia zjadłem tyle, co nic – mechanizm życia na adrenalinie wreszcie zaczął działać zgodnie z oczekiwaniami.

Jak można domyślić się z przyświecającego na poniższym zdjęciu słońca, rano nie daliśmy rady namierzyć żadnej lepszej miejscówki. Cóż, mieliśmy cały dzień na regenerację – w wiosce nie było nic specjalnie ciekawego, a ryzyko wpadnięcia na patrol było spore.

Naprawy polowe i medycyna

Dzień spędziliśmy leniwie – głównie paląc papierosy i nasłuchując patroli. Należało jednak zająć się kilkoma bieżącymi problemami. Pierwszym był plecak Karola. Zakupiony specjalnie na wyprawę za oszałamiające 80 PLN, plecak nie został przewidziany na obciążenie powyżej 20 kilogramów. Jasnym objawem problemu był podające się – pasek po pasku – mocowanie szelek. Tu sprawa była prosta – nić Ariadna Tytan jak zwykle zdała egzamin – porządne przyszycie tego, co się odpruło załatwiło problem. Gorzej było z Karolowym układem napędowym…

Idąc za ratowniczym powołaniem zażądałem możliwości inspekcji odparzeń. Spodziewałem się, że może być kiepsko, ale zobaczywszy rozmiar odcisków zrozumiałem, że Karol to jednak kawał twardziela. Sam idąc z podobnymi dolegliwościami kląłbym w żywy kamień, a ten co najwyżej od czasu do czasu coś tam bąknął. Cóż – w survivalu najważniejsza jest wola walki, sprzęt to tylko dodatek. Zaleciłem przekłucie pęcherzy, wyciśnięcie płynu i zastosowanie leczniczej zasypki, którą poleciła mi znajoma aptekarka. Odradziłem również koledze jakiekolwiek nadmiarowe przemieszczanie się – tak długo, jak to będzie możliwe.

Równolegle dyskutowaliśmy o możliwościach ulżenia Karolowym stopom. Problemem była znikoma oddychalność butów z Decathlona – podczas marszu w upale robiła się w nich sauna. Karol wymyślił rozwiązanie w postaci wycięcia otworów wywietrznikowych i choć obawiałem się, że krawędzie otworów będą powodować kolejne obtarcia, okazało się, że pomysł się sprawdził. Tymczasem jednak zbliżał się zachód słońca, czyli planowany termin wymarszu.

Ku miastu duchów

Korzystając z resztek światła słonecznego przekradliśmy się do Nowych Szepielicz. Mocno zarośnięta wioska, leżąca na południowy zachód od Prypeci, nie obfituje w luksusowe chaty, zapewniła nam jednak miejscówkę, w której mogliśmy poczekać aż całkowicie się ściemni.

Po zapadnięciu zmroku skierowaliśmy się w stronę miasta. Zgodnie z planem wejść mieliśmy od strony 16-piętrowego budynku, znanego jako Fudżijama. Tak długo jak się dało, unikaliśmy dróg, wiedząc, że przemieszczając się prostymi trasami ryzykujemy wpadnięcie na patrol. Z tej też przyczyny mało nie dostaliśmy kolektywnego zawału serca, gdy po wyjściu na drogę do miasta usłyszeliśmy żwawy stukot kopyt na twardej nawierzchni. Owszem, Strefę patroluje również policja konna 🙂

Stukot kopyt ustał, a my zamarliśmy w miejscu, czekając na światło latarki i żądanie paszportów. Kilka minut spędzonych w ciemności uświadomiło nam, że koń pozbawiony jest jeźdzca. Gdy zrozumiał, że nie zamierzamy zwolnić mu planowanej trasy przemarszu, prychnął gniewnie kilka razy i oddalił się w krzaki. Ostrożnie, przyświecając latarkami na minimalnym trybie, ominęliśmy kryjówkę zwierzęcia i pomaszerowaliśmy w stronę Prypeci. O tym jednak można przeczytać w kolejnej części cyklu 🙂

Tagi , , , , .Dodaj do zakładek Link.

3 odpowiedzi na „Ostatni (?) taki nielegal, czyli tydzień w Czarnobylu – cz. 4, na Prypeć!

  1. Pingback:Ostatni (?) taki nielegal, czyli tydzień w Czarnobylu - cz. 3, spalone wioski - Tanie Przetrwanie

  2. kamil komentarz:

    Mega! Czekamy na dalszą część 🙂

  3. Pingback:Ostatni (?) taki nielegal, czyli tydzień w Czarnobylu - cz. 5, miasto duchów - Tanie Przetrwanie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Spis treści