Ostatni (?) taki nielegal, czyli tydzień w Czarnobylu – cz. 1, wprowadzenie i sprzęt

Fot. Karol K.

No przecież nie latem, gdy biorąc wdech wciągasz jedno płuco powietrza, a drugie komarów.” – Irydius, 2021.

22 miesiące. Tyle minęło od mojej ostatniej wizyty w Czarnobylu. Miało być krócej – ze Staszkiem (nieodmiennie polecam jego blog) oraz Irydiusem (pierwszy raz polecam jego kanał) planowaliśmy wyprawę w marcu 2020 roku. Co z tego wyszło, może domyślić się każdy, kto nie spędził ostatniego roku w śpiączce. Granice Polski zamknięto dosłownie dzień przed planowanym wylotem do Kijowa. Następnie sytuacja zmieniała się zbyt dynamicznie, by ryzykować potencjalne problemy z powrotem do kraju… aż wreszcie pandemia „siadła” na tyle, by znów odwiedzić Strefę, w sposób niekoniecznie oficjalny 😉

Skład ekipy

Na czwarty nielegal wybrałem się w towarzystwie Staszka oraz Karola (osobom zaznajomionym ze staszkowym blogiem Karol jest znany z cyklu „Jak upały to do Zony„). Irydius, z przyczyn wspomnianych w myśli przewodniej wpisu, tę wyprawę postanowił odpuścić. Jak się później okazało, nie była to jego najlepsza decyzja.

Ale jak to ostatni?

Do Kijowa dotarłem dzień wcześniej niż koledzy. Zależało mi na wykorzystaniu środków, które Wizzair zwrócił mi z nawiązką po odwołaniu lotu w 2020 r. Wizzair do Kijowa lata w czwartki, Staszek i Karol skorzystali natomiast z piątkowego lotu Ryanair. W praktyce, miałem czas się wyspać, kupić gaz do kuchenek i posiedzieć w bardzo miłej knajpce Litra Bar w okolicy dworca autokarowego.

Racząc się sympatycznym kraftowym piwem i przepyszną solianką czekałem grzecznie na towarzyszy podróży… gdy nagle, przeglądając jedną z czarnobylskich grup na Facebooku, zdębiałem. Okazało się, że tego właśnie dnia, gdy beztrosko siedziałem w pubie, ukraiński parlament przyjął w pierwszym czytaniu ustawę, która nie tylko znacząco podwyższyła kary finansowe za nielegalne przemierzanie Strefy Wykluczenia – zakładała również karę więzienia (do lat trzech).

Link do wpisu wysłałem natychmiast do Staszka i Karola, którzy byli już w drodze z lotniska Kijów Boryspol. Staszek uruchomił swoje kontakty, po czym błyskawicznie ustalił, że pierwsze czytanie nie oznacza jeszcze wejścia nowego prawa w życie. Uffff… Dogadaliśmy się z Irydiusem, który obiecał dać znać, jeśli w czasie naszego pobytu w Strefie nowe prawo weszłoby w życie, po czym radośnie udaliśmy się do zaprzyjaźnionego mieszkańca okolic Zony, który miał nas podrzucić na granicę Strefy.

Zanim jednak opiszę przebieg wyprawy, ponieważ blog jest – było nie było – sprzętowy – należy podsumować…

Sprzęt

Lipcowy termin wyprawy wynikał w dużej mierze ze zniecierpliwienia. Myśleliśmy nad wyjazdem w maju, jednak data zbyt bliska rocznicy awarii była ryzykowna z uwagi na wzmożone w tym okresie kontrole. Kto pierwszy wymyślił lipiec, nie pamiętam, ostateczna decyzja zapadła jednak gdzieś w połowie maja. Półtora miesiąca na planowanie wydaje się długim czasem, minęło jednak jak z bicza strzelił. Ot, knuło się trasę, kombinowało nad bagażem… aż nagle zrobił się tydzień do wylotu. Nie będę zanudzał czytelnika opisem wszystkich odrzuconych wariantów, skupię się natomiast na tym, co ostatecznie do Zony zabrałem.

Plecak

Jak na każdy poprzedni nielegal, tak i na ten zabrałem Reindeera 75 produkcji polskiej firmy Wisport. Plecak ten ma zagorzałych fanów i zajadłych wrogów – temat rozwinę w osobnym wpisie. Dla mnie najważniejsze było to, że nie miałem sensownej alternatywy: do plecaka Naturehike, który zabrałem na wakacje na Mierzei Wiślanej zmieściłbym może bagaż wyprawowy, jednak wściekłe skrzypienie systemu nośnego zdyskwalifikowało go w przedbiegach. Do Sparrowa 30 nie było opcji się zmieścić, pozostał więc sprawdzony w bojach Reindeer. Tyle mojego, że spakowałem się na tyle oszczędnie, że mogłem zrezygnować z odczepialnych kieszeni bocznych.

Ubranie

Z uwagi na konsekwencje grożące złapanym w Strefie cudzoziemcom, uznaliśmy że nieodmiennie idziemy w kamuflażu. Choć mam poważne zastrzeżenia co do egronimii i materiałów, z których szyje swoje mundury Bundeswehr, jedno muszę przyznać: Flecktarn w Zonie nie ma konkurencji. Na podstawowy ubiór składały się więc kontraktowy kapelusz z okresu misji w Kosowie, tropikalna bluza z tego samego sortu oraz standardowe spodnie mundurowe Bundeswehr. Do pełni kamuflażu, na szyję zabrałem komin termoaktywny typu buff polskiej firmy Haasta – również we Flecktarnie.

Zestawu ubrań dopełnił cienki polar Arc’teryx, upolowany kiedyś w second handzie, trzy koszulki termiczne, tyleż par termoaktywnych bokserek Vangard (odkąd odkryłem je na armyworld.pl, nie noszę w teren innych) oraz trzy pary skarpet z Coolmaxu. Na koniec wymienię najważniejszą część ubrania, czyli moskitierę na głowę. Co ja bym bez niej zrobił – nie wiem 🙂

Buty

Dylemat powstał na etapie wyboru obuwia. Na samotny nielegal w kwietniu 2019 r., bazując na prognozie pogody, wziąłem buty z Gore-Texem. Ponieważ pogoda uznała, że do prognozy stosować się nie będzie i zamiast chłodu zaserwowała mi całkiem ciepłe dni, stopy zagotowały mi się już trzeciego dnia wyprawy, a goiły jeszcze dwa tygodnie po powrocie. Wniosek był prosty: skoro w lecie jest upał, jakakolwiek membrana odpadała w przedbiegach.

Jako posiadacz rozmiaru stopy 48 mam dość ograniczony wybór w zakresie dostępnych modeli butów – jedyne trekkingi bez membrany, jakie były dostępne na moje „płetwy” to Scarpa Mojito, które kupiłem w Multan Express. Wszechświat postanowił jednak spłatać mi figla – okazało się, że są to pierwsze od lat buty, które musiałem rozchodzić. Na kontrolowane obtarcia nie miałem już czasu. Jako że data wylotu zbliżała się nieuchronnie, postanowiłem zabrać rozchodzone, miejskie buty New Balance… tylko po to, by odkryć, że niewinny, szary plastik na bokach i piętach butów jest odblaskowy. Jakim cudem nie zauważyłem tego wcześniej – nie wiem. Cieszę się jednak, że zauważyłem to przed wylotem 😉

Mocno przyciśnięty przez czas pojechałem do jedynego znanego mi obfitego źródła butów w moim rozmiarze, czyli Sports Direct. Tam wybrałem pierwsze z brzegu buty sportowe z amortyzacją i bez elementów odblaskowych. Dokładniej, model Nike Wearallday. Buty sportowe nie zwykły mnie obcierać, założyłem więc optymistycznie, że wszystko będzie OK.

Zestaw obuwia dopełniły klapki Puma. Poprzednie nielegale nauczyły mnie, że możliwość przewietrzenia stopy podczas postojów jest nieoceniona. Jednocześnie, z uwagi na specyfikę Strefy, chodzenie boso nie jest do końca wskazane. Ot, choćby ze względu na takie niespodzianki:

Nocleg

Do Strefy planowaliśmy dostać się za pośrednictwem brodu. Z uwagi na opady, istniało uzasadnione podejrzenie, że Uż, czyli rzeka stanowiąca południową granicę Zony, będzie cokolwiek głęboki. Z duetu karimata – materac wybrałem więc ten drugi, zakładając, że posłanie może zostać wykorzystane również w charakterze pływaka. Ponieważ zakładaliśmy możliwość noclegu w terenie, wybór materaca (tani model z Decathlonu, kupiony dawno temu i chyba już niedostępny), zdeterminował konieczność wzięcia podkładki z Tyveku. Tyvek, jako materiał wodoszczelny i trudno przebijalny, stanowi idealną leśną podkładkę pod materac. Przy okazji, sprawdza się też w roli prześcieradła, oddzielającego materac od zakurzonej podłogi czy zapleśniałych materaców w opuszczonych chatach.

W ramach potencjalnego zadaszenia i ochrony przed deszczem zabrałem ponczo, model US, od Helikon-Tex. Opisywana wyprawa była również pierwszą okazją do sprawdzenia śpiwora Aegismax Mini. Do krótkich postojów nie mogło oczywiście zabraknąć poddupnika z Aliexpress.

Elektronika

Do Zony zawsze zabieram GPSa zewnętrznego. Dlaczego? Po pierwsze, z zasięgiem w Strefie różnie bywa. Urządzenie dedykowane ma silniejszą antenę, łapie więc sygnał tam, gdzie telefon nie daje rady. Po drugie, telefon ma służyć do kontaktu awaryjnego, wolę więc, żeby nie przepalał baterii na ustalanie pozycji. Sprawdzony w bojach Garmin eTrex 30, wraz z zapasem baterii, musiał więc i tym razem zagościć w ekwipunku.

Skoro mowa o telefonie: zabrałem Xiaomi Redmi Note 8 Pro, który rok temu zastąpił w codziennym użytku CATa S60. Żródłem energii dla komórki został powerbank 20 000 mAh, również firmy Xiaomi.

Niezależnie od konieczności zachowania dyskrecji w Strefie, poświecić sobie czasem trzeba. Jako źródło światła wybrałem Armytek Wizard WR (wyposażony w wygodniejszy niż firmowy pasek od BD Storm V), również z zapasem ogniw. Jest to latarka, którą jestem zachwycony – wkrótce jej opis znajdzie się na blogu. Zaznajomiony z blogiem czytelnik zapewne rozpoznaje na zdjęciu również organizery Storacell, do których włożyłem baterie do latarki i GPSu.

Czarnobyl to radiacja, nie mogłem więc zostawić w domu dozymetru Terra-P. Zestawu – w ramach rozrywki – dopełnił, niewidoczny na zdjęciu czytnik Kindle 4.

Kuchnia i woda

Nawet w upały warto czasem zjeść i wypić coś ciepłego. Żeby podgrzać wodę spakowałem ultralekką kuchenkę Fire Maple FM116-T wraz z przejściówką na kartusze techniczne oraz pod owe kartusze podstawką. Zdaję sobie sprawę, że w Kijowie MUSZĄ gdzieś być sklepy z kartuszami na gwint… nieodmiennie jednak nie udaje mi się ich znaleźć. Przejściówka i podstawka rozwiązują problem mojego nieogarnięcia sklepowego, tworząc stabilny system podgrzewania wody.

Czytelnik zaznajomiony z blogiem rozpozna zapewne przewijający się czasem na zdjęciach tytanowy kubek Lixada, w którym zazwyczaj gotuję wodę. Do przenoszenia cennego płynu wybrałem – znów, bywalcom bloga znajomą – butelkę Nalgene Wide Mouth. Nowością jest natomiast bukłak Hydrapak Stow. Bukłak ten kupiłem przed wyjazdem, po tym, jak jeden z worków na wodę firmy Sawyer postanowił pęknąć podczas współpracy z filtrem Sawyer Mini. O fenomenie pękających worków od Sawyera czytałem wcześniej, nie dając im jednak wiary… aż do teraz. Hydrapak Stow współpracuje z Sawyerem Mini, dodatkowo zastępując strzykawkę do czyszczenia membrany filtra. Czego chcieć więcej?

W ramach podziału na pojemniki czyste i brudne (więcej o tym napiszę przy okazji wpisu o filtrowaniu wody) zabrałem mimo wszystko – widoczne w rogu powyższego zdjęcia – worki Sawyera. Zestawu kuchennego dopełnił spork Petrified Fish.

Pożywienie

Co i ile wziąć do jedzenia – to jeden z większych dylematów, z jakimi się borykałem. Dotychczasowe doświadczenia nauczyły mnie, że w Strefie jadę na adrenalinie, a do jedzenia muszę się zmuszać. Standardowo zabierałem 2000 kCal na dzień, po czym jedzenie zostawiałem w stalkerskich chatach lub wyrzucałem. Rozsądek mówił – weź więcej, bo nie wiadomo jak będzie. Plecy, które muszą targać zapasy mówiły – wyciągnij wnioski i weź mniej.

Koniec końców wziąłem 3 kilogramy jedzenia. Przy planowanych – maksymalnie – 10 dniach w Zonie, dawało to 300 gramów na dzień. Podstawą diety miało być 8 liofilizatów firmy Summit to Eat, w które zaopatrzyłem się z 30% zniżką przy okazji wyprzedaży urodzinowej sklepu paker.pl. Uzupełnieniem diety było 10 paczek kabanosów, tyleż batoników proteinowych GO ON, 500 gramów orzechów i czekolada z guaraną. Innymi słowy – sprawdzony zestaw (choć liofilizaty były wcześniej dobrem luksusowym, standardowo na ciepło spożywałem zupki instant firmy Amino).

Higiena

Zona, nie Zona – zachowanie podstawowej higieny w terenie jest więcej niż wskazane. Zapocone, brudne ciało jest bardziej podatne na obtarcia i inne kontuzje. Do Strefy nieodmiennie biorę minimalistyczny zestaw umożliwiający umycie się, czyli składaną szczoteczkę do zębów Colgate, mały ręcznik holenderski z armyworld.pl, gąbkę do naczyń i kubek Foldacup Big. Do tego – nie ujęte na zdjęciu, bo zużyte – żel do mycia, pasta do zębów i papier toaletowy (suchy i wilgotny). Taki zestaw pozwala umyć się nawet przy niewielkiej ilości wody – Foldacup służy do moczenia gąbki, gąbka z żelem – do wstępnego mycia. Po wymianie wody w kubku i opłukaniu gąbki, tą samą gąbką mogę spłukać pianę. Na koniec, trzecia porcja wody służy do mycia zębów. W sumie, da radę zaliczyć elementarne mycie zużywając około litra cennego płynu (no, z niedużym hakiem). Ręcznik, choć mały, wystarcza natomiast w zupełności, by się po takim myciu wysuszyć.

Bagaż podręczny

Są takie chwile, gdy ciężki plecak trzeba schować w ustronnym miejscu, a na eksplorację ruszyć na lekko. Dobrym, bo tanim i lekkim rozwiązaniem jest składany plecak. Można takie kupić np. w Decathlon, ja jednak używam plecaka Play King z Aliexpress. Składa się toto w kieszonkę o rozmiarach pięści, ma piękny maskujący kolor, a gdy brakuje stelaża, można uszytwnić plecy poddupnikiem.

W ramach przenoszenia podstawowego ekwipunku zabrałem również – jakże by inaczej – Mini Nerkę EDC, do której podpiąłem ładownicę na GPS, również od Baribala.

Medycyna

Jako ratownik KPP spakowałem oczywiście rozbudowaną apteczkę. Jej skład pominę – całkowicie celowo. Dlaczego? Jestem przeciwnikiem kopiowania cudzych zestawów medycznych, z tej prostej przyczyny, że w Twojej apteczce nie ma miejsca na sprzęt, którego nie potrafisz użyć. Prawdopodobnie napiszę kiedyś coś szerzej na temat pierwszej pomocy, ale na chwilę obecną opisywanie zestawu mija się z celem. Dość wspomnieć, że pakiet medyczny zmieścił się w kosmetyczce Bundeswehr i zawierał m.in. dużo plastrów i leki przeciwbólowe.

Ochrona przed wodą

Prognoza zapowiadała burze, musiałem więc zadbać o suchość w plecaku. Pierwszą warstwą ochrony był stulitrowy worek na śmieci, w którym, na dnie plecaka, chowałem śpiwór, elektronikę i ubrania, zawijając całość szczelnie w nadmiarową powierzchnię worka. Elektronikę dodatkowo zabezpieczyłem przy pomocy dry bagu Trinka z Aliexpress. Drugi drybag został spakowany jako czerpak na wodę – z przywiązanym paracordem doskonale sprawdza się w roli wiadra do studni. Trzeci drybag został spakowany jako poduszka (na czas snu był oczywiście wypychany ubraniami).

Do ochrony telefonu zabrałem również wodoszczelną saszetkę marki Spigen. Druga wodoszczelna saszetka – z Decathlonu – chroniła natomiast paszport.

Pozostałe narzędzia

Na koniec zostawiam sprzęt podchodzący pod klasyczne EDC, czyli Ekwipunek Dźwigany Codziennie. Przewidując możliwość złapania, ograniczyłem się do sprzętu taniego i skutecznego. Zamiast multitoola wziąłem mini kombinerki firmy Proline. Jest to piękne, nieduże narzędzie, na tyle małe, by zmieścić się w nerce, i na tyle dobre, by przeciąć drut kolczasy. Zamiast rozbudowanej busoli – spakowałem kompas breloczkowy firmy Silva, uzupełniający papierową mapę sztabową Strefy. Krzesiwo – oczywiście najtańsze (i jedyne słuszne zarazem). W razie konieczności wzywania pomocy spakowałem gwizdek BCB, a do odpalania papierosów (w Zonie nieodmiennie łapie mnie w szpony stary nałóg) – zapalniczkę Zippo z wkładem gazowym… chyba tylko po to, żeby w zgodzie z wygrawerowanym logo zagościła w końcu w Zonie. Zestawu dopełnił najważniejszy element ekwipunku, czyli filtr Sawyer Mini (drugi filtr, węglowy Aquaphor Universal, miał w plecaku Karol). W ramach zestawu naprawczego dorzuciłem igłę i szpulkę nici Ariadna Tytan.

Sprzętem niewidocznym na zdjęciu jest Victorinox Camper, który udało mi się gdzieś – zapewne przy sięganiu po papierosy – zgubić. Dlaczego znów Victorinox, mimo nieustającego żalu po skonfiskowanym na pierwszym nielegalu modelu Trailmaster? Sprawa jest prosta – OLX roi się od używanych Vicków, ten konkrenty kosztował, o ile mnie pamięć nie myli, jakieś 40 PLN. Wysokość ewentualnej (na etapie planowania) straty była więc do przełknięcia, a w przypadku konieczności wezwania pomocy poprzez ognisko sygnalizacyjne, nie można przecenić doskonałej piły zawartej w tym modelu.

Zestawu narzędzi dopełnił – znów, nie ujęty na zdjęciu, bo nieciekawy – wspomniany wyżej paracord (jakieś 15 metrów).

A gdzie ukryte ostrze?

Czytelnik zaznajomiony z blogiem pamięta zapewne cykl „W poszukiwaniu ukrytego ostrza„, w którym opisywałem swoje poszukiwania noża niepozornego – by dał się ukryć przed przeszukaniem – i funkcjonalnego zarazem. Czytelnik taki ma więc pełne prawo zadać pytanie z nagłówka. Odpowiedź jest prosta – ukryte ostrze już we wpisie wystąpiło.

Mówimy mianowicie o sporku Pertified Fish. Spork ten, poza łyżką, posiada w rękojeści całkiem przyzwoity nóż.

Tak, powyższe oznacza, że bezapelacyjnie muszę uzupełnić cykl o jego recenzję 🙂

Podsumowanie

Wyruszając do Strefy miałem na grzbiecie plecak ważący 14 kg (w tym 2 litry wody i 3 kg jedzenia), plus nerkę – około kilograma. Jest to 7 kilogramów mniej niż spakowałem na samotny, tygodniowy nielegal. Czy coś pominąłem? Czy coś jeszcze mogłem zostawić? Na to odpowiem w kolejnych częściach opisu wyprawy. Zacznijmy od początku.

Tagi , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Jedna odpowiedź na „Ostatni (?) taki nielegal, czyli tydzień w Czarnobylu – cz. 1, wprowadzenie i sprzęt

  1. Pingback:Ostatni (?) taki nielegal, czyli tydzień w Czarnobylu - cz.2, kordon Zony - Tanie Przetrwanie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Spis treści